![]()
Polska. Malutka parafia na Opolszczyźnie i proboszcz który na przełomie 2001 i 2002 roku wpadł swoim samochodem do rowu. Gdyby nie pomocny pan Hubert, duchowny siedziałby w rowie jeszcze długo. Jako, że ksiądz jest człowiekiem honoru odwdzięczyć się musi. Gdyby pan Hubert coś potrzebował, śmiało się ma zgłosić.
I się pan Hubert po kilku miesiącach zgłosił - w końcu chłop nową firmę chciał stawiać, najpierw o pół miliona, później o kolejne pół. Aż kwota wyniosła równe 2,5 miliona. Trzy lata później pan Hubert jak na prawdziwego dobrego człowieka przystało pieniądze oddał. I było by dalej tak sympatycznie gdyby nie urzędnicy z Kontroli Skarbowej.
Uczciwy pan Hubert od razu się przyznał, że od księdza pożyczał. Więc i urzędnicy zapukali do duchownego. Ten już pewny swego zdania nie był. Na początku twierdził, że pieniądze ze składek były i darowizn - których zgodnie z prawem ewidencjonować nie musi. Urzędnicy swe kalkulatory wzięli, i choć liczyli w trudzie to do 2,5 milionów złotych w małej parafii z 500 wiernymi dojść nie mogli.
Ale w razie czego 1 mln 880 tys. zł podatku + odsetek za nie wykazany dochód nałożyli. Nagle proboszcz przypomniał sobie, że pieniądze to jednak nie darowizny ale od Stefana miał. Ale co i jak, to powiedzieć już nie może, bo to... tajemnica spowiedzi! A co najważniejsze to to, że pieniądze oddał Stefanowi zaraz z powrotem. Stefan niestety do tematu swojego grosza nie dołoży bo nie żyje już od paru lat.
Urząd Skarbowy na miliony czeka, a ksiądz.... zwleka. Może Trybunał Konstytucyjny duchownego wesprze, bo akurat Panowie w tejże instytucji przyglądają się podobnej sprawie. Jeżeli stwierdzą, że US nie może nakładać tak dużych kar finansowych to może jeszcze... proboszczowi się upiecze.