Ekscentryczna miłośniczka koni z Wielkiej Brytanii zamieszkała ze swoim ulubieńcem pod jednym dachem. Zwierzę i cały sprzęt do jego pielęgnacji zajmują niemal cały budynek. Kobiecie musi wystarczyć tylko jedno pomieszczenie.
Stephanie Noble we wrześniu zeszłego roku postanowiła kupić konia, takiego samego jakiego dostała w prezencie, kiedy była 13-letnią dziewczynką. Twierdzi, że nie żałuje wydanych pieniędzy pomimo problemów jakie na nią spadły. Pierwsza szopa zbudowana dla ulubieńca rozpadła się, ponieważ kobieta nie miała sił o nią dbać. Postanowiła trzymać konia w pustostanie stojącym na publicznej działce w pobliżu jej domu. Okazało się jednak, że budynek nie jest własnością władz a jednego z sąsiadów, któremu nie podobał się nowy lokator. Stephanie została aresztowana i spędziła jedną noc w areszcie. Koń musiał trafić do prywatnej stajni, którą szybko opuścił przez nieuregulowane rachunki za pobyt. W przeddzień świąt Bożego Narodzenia 2011 r. zwierzę wróciło na podwórko pani Noble, która miała do wyboru, albo zostawić go na noc na mrozie, albo wpuścić do środka. Zdecydowała się na drugą opcję i tak zostało do dnia dzisiejszego.
Od tego czasu zużyła niemal całe umeblowanie do stworzenia boksów i drzwi dla zwierzęcia. Wydała kilkaset funtów na gumowe maty, siano do wyściółki i dziesiątki kilogramów... kociego żwirku.
Lokalne władze twierdzą, że nie mogą zabronić trzymać konia w salonie dopóki nie stwarza on zagrożenia epidemiologicznego. Sąsiedzi pytani o opinię bronią właścieciela budynku w którym została urządzona tymczasowa stajnia. Uważają, że sąsiadka sprawiała problemy od pierwszego dnia kiedy zamieszkała w okolicy dziewięć lat temu. Przyznają, że sąsiedztwo konia jest całkiem sympatyczne w odróżnieniu od starszej pani. Nie da się ukryć, że uważają ją za... wariatkę. Słusznie?